Dział I - Przesilenie zimowe
„I nie było już chłodu, lecz ogień piekielny pochłonął wszystko wokół.”
„I nie było już chłodu, lecz ogień piekielny pochłonął wszystko wokół.”
W koronach drzew hasał beztroski wiatr. Tańczył walca dotykając pojedynczych liści i huśtał się na kruchych, bukowych gałęziach, by chwilę potem ze świstem
zerwać się i znów usnąć na krótką chwilę.
Stałam tam moment, owiewana przez zimne powietrze. Lustrowałam dokładanie wszystko dookoła siebie. Przeskakiwałam wzrokiem z jednego drzewa na drugie i próbowałam wymyślić jakim trafem się tu znalazłam. Nie mogłam poskładać myśli. Zupełnie tak jakby powyrywać strony z książki łapiąc obojętnie którą, niesioną przez zefir, próbować zrozumieć sens. Ale zdawało się, że go tu nie było, nie było sensu pomimo podjętych prób go odnalezienia.
Leśny krajobraz
zdawał się być niczym z filmu, w którym zostało dodane zbyt dużo efektów
specjalnych. Kroczyłam wolno, trąc dłońmi o ramiona pokryte jedynie cienkim
materiałem czerwonej koszuli. Każdy krok w przód skutkował coraz głośniejszym
szczekaniem zębów, zupełnie jakby pomimo słońca, które sprażyło na wiór
opadnięte liście, z każdym kolejnym stąpnięciem temperatura powietrza obniżała
się o kilka stopni. Wysuszony przez słońce żwir chrząkał i skrzypiał pod
ciężarem mojego ciała.
Widziałam jak mikruśny koliber przefrunął obok w zaskakującym tempie i przysiadł na jednej z gałęzi przypatrując mi się z ciekawością. Patrzylibyśmy się tak na siebie dalej gdyby nie to, że chwilę po obróceniu łebkiem kolorowy ptaszek spłoszył się i zerwał do lotu z przerażeniem w takim tempie, że bezwarunkowym odruchem było zamknięcie oczu.
Powoli podniosłam
powieki, i nie było już chłodu. Ustąpił on miejsca językom ognia śmiejącym się
z dobrze zastawionej pułapki, takiej, której ofiara nie spodziewałaby się,
takiej, w której znalazłam się ja. W duszących kłębach dymu widziałam szczerzące
się szkaradne gęby pełne pogardy i egoizmu. Wyrazy twarzy pełne wyższości i
szyderstwa.
Strach rósł w
miarę trzasków i gruchotów spopielonych drzew uderzających o ziemię, krzyków
płomieni, które zagłuszały zdrowy rozsądek. Ścieżka ognia przed moimi stopami
uniemożliwiała mi ucieczkę. Nie miałam jak się wydostać. Wszędzie był ogień. Adrenalina
to wszystko co teraz miałam. Rozżarzona ziemia parzyła w stopy, ból
towarzyszący każdemu oddechowi porównywalny był do oddychania szpilkami, które
wbijały się głęboko w płuca. Sekundy później moje ubranie zajęło się gorącym
pomarańczem, który panicznie próbowałam ugasić rękoma. Krzyk. Mój krzyk. Ogień
nie miał zamiaru przestać dopóki nie pochłonie mnie – swojej ofiary w całości.
Coś się zbliżało, a ja dalej dusiłam się dymem. Krzyk. Nie mój. Ostatnie co
widziałam to zarys postaci. A później? Później była już tylko ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
JEŚLI CI SIĘ PODOBAŁO DODAJ KOMENTARZ